Za górami, za lasami, za siedmioma morzami, pewnego razu w Turcji.
Było to w połowie listopada, środa spędzona na spontanicznym wypadzie za miasto. Słońce wisiało jeszcze na niebie, ale dzień chylił się powoli ku końcowi. Wracałem właśnie z miejscowości Anamur (swoją drogą – jest to miasto pełne szklarni bananów. Jest ich tyle, że z oddali wygląda to jak tafla wody), które jest oddalone od Alanyi o dwie godziny jazdy na wschód. Pierwsza godzina jazdy minęła mi na pokonywaniu serpentyn, które wiją się na krawędzi wzniesień tuż nad samym morzem niczym długi wąż. Nagle ni z tego, ni z owego wyrasta szeroka dwupasmowa trasa, która ciągnie się już do samej Alanyi. Zmęczony ciągłym kręceniem kierownicą, w końcu mogłem się odrobinę rozluźnić. Towarzysze mojej podróży spali, uśpieni delikatnym kołysaniem podczas pokonywania licznych zakrętów. Prosta, praktycznie pusta droga dała się we znaki. Zagłębiłem się w rozmyślaniach. Po kilku chwilach, uświadomiłem sobie, że chyba jeszcze starczy mi dnia na spontaniczną eksplorację okolicy.

Nie zastanawiając się długo, przy pierwszym brązowym znaku, skręciłem w stronę, w którą kierował. Brązowe drogowskazy w Turcji, kierują do miejsc historycznych. Często są to dobrze zachowane zabytki, zagospodarowane i z ładnymi rekonstrukcjami, ale bywają też miejsca dość dzikie i pozostawione ku nieuchronnemu rozkładowi. Do jakiego miejsca zmierzałem, tego nie widziałem.
Droga prowadziła początkowo ku wzniesieniu, przez malutką wioskę ulokowaną ciasno tuż obok ruchliwej trasy. Stan nawierzchni pozostawiał wiele do życzenia, dziury z jakimi mierzyło się moje auto bywały wielkie na pół szerokości drogi. Kilka razy przeszła mnie myśl, czy gra jest warta w ogóle świeczki, ale coś mi mówiło „jedź dalej”. W końcu dojechałem na szczyt wzniesienia, dalej droga prowadziła już tylko ostrymi zakrętami w kierunku morza.

Zjazd był wąski, i w dalszym ciągu pełen dziur. Po kilku minutach jazdy, zewsząd zaczęły piętrzyć się bananowce. Gdzie się nie obejrzałem tam rosły banany, całe wzniesienia, tuż nad brzegiem morza dosłownie wypełnione były drzewami uginającymi się pod ciężarem dorodnych owoców. Kierując się ku morzu, pokonywaliśmy kolejne ostre zakręty. Za jednym z nich stała furgonetka, a na niej panowie, którzy wrzucali zebrane owoce na „pakę” (od drugiego tygodnia listopada, w Turcji rozpoczynają się zbiory bananów). Zwolniłem, by na chwilę przyjrzeć się temu co robią, a oni bez chwili namysłu podarowali nam całą kiść pięknych bananów, uśmiechnęli się, pomachali i wrócili do pracy. Podekscytowani zajściem, na chwilę zapomnieliśmy gdzie jesteśmy i po co tu przyjechaliśmy. To uczucie ludzkiej życzliwości tak mnie dotknęło, że szczerze byłem przekonany, iż nic więcej nas dziś nie zaskoczy. Byłem w błędzie.

Koniec drogi, dojechaliśmy! Przede nami teraz wyrosło wzgórze, wokół którego wybudowane były mury twierdzy, antycznego miasta Antiochia ad Cragum, do którego od samego początku prowadził nas „nasz” brązowy drogowskaz. Natomiast po lewej naszej stronie dostrzegliśmy małą, odizolowaną zatoczkę. Słońce nieuchronnie chyliło się ku horyzontowi. Wiedzieliśmy, że nie starczy nam czasu na wdrapanie się na wzniesienie twierdzy i na zatoczkę. Wybraliśmy, zejście stromą ścieżką w stronę błękitno-lazurowej wodzie. Widok był piękny!


Po kilku minutach staliśmy na skalistym brzegu, przed nami znajdował się masywny, kamienny łuk, przez który zaglądało ciepłe słońce. Miejsce było wręcz jak z opowieści o piratach, odosobnione, ciche i pełne swoistego klimatu, po prostu fantastyczne! Kolory jakie nas otaczały nadawały temu miejscu magii. Ciepłe, słoneczne barwy mieszały się z tysiącem odcieni błękitu, lazuru i zieleni. Choć miejsce obłędnie piękne to do pełni bajkowej scenerii brakowało tu tylko jaskini i skrzyń z ukrytym skarbem – przynajmniej tak śmiałem się pod nosem.

Chcieliśmy tym widokiem rozkoszować się jak najdłużej, ale czas uciekał. Wiedzieliśmy, że jeśli teraz nie wejdziemy do tej zjawiskowej wody, to będziemy tego żałować przez bardzo długi czas. Dlatego kilka fotografii, kilka krótkich filmów i byliśmy w wodzie. Woda nie tylko była wyjątkowo piękna, ale i wyjątkowo ciepła, jak na tę porę roku. I przyznać muszę szczerzę, że z wody wyciągnęła mnie jedynie świadomość, że po zmroku ciężko byłoby wdrapać się do auta.

Kilka chwil po tym jak słońce zniknęło za horyzontem, wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w kierunku Alanyi. Z myślami pełnymi „tych” barw, które towarzyszyły nam jeszcze przed chwilą, dalszą drogę powrotną spędziliśmy w ciszy. Każdy z uśmiechem na twarzy, we własnej pamięci kontemplował przeżycia tego dnia. Ja osobiście w dalszym ciągu jestem pod wrażeniem, ile może zmienić jedna spontaniczna decyzja.
Kiedyś pisałem o najbardziej „chillowej” zatoczce w Turcji (Kabak Koyu), TA z pewnością będzie dla mnie najbardziej barwną zatoczką.
Jadąc w stronę zachodzącego słońca można czasem natrafić na coś całkowicie nieoczekiwanego.
Ciekawe. Nawet bardzo. Prosimy o więcej
PolubieniePolubienie