
Okolica jeziora
Jezioro Bafa (tr. Bafa Gölü) zlokalizowane jest na południowym zachodzie Turcji, 95 km na północ od Bodrum. Niegdyś była to Zatoka Latmos. W czasach antycznych pobliska rzeka Büyük Menderes zaczęła wypluwać aluwium czyli swojego rodzaju osad rzeczny, który zaczął zamulać zatokę, a z czasem odciął ją całkowicie od morza, tworząc jezioro. Dawne, dobrze prosperujące miasta portowe, a wśród nich Priene, Milet i Heraklea, zaczęły stopniowo upadać.

Obecnie przez Jezioro Bafa przebiega granica pomiędzy dwoma regionami – Aydin i Muğla. Na jeziorze znajduje się sześć wysp, na których znajdziemy hellenistyczne i bizantyjskie ruiny. Jezioro i jego okolice są jednym z najważniejszych siedlisk ptaków w Turcji (m. in. pelikany, flamingi). Zachodnie wybrzeże jeziora Bafa to płytki obszar, na którym wiosną i jesienią gromadzą i rozmnażają się ptaki wędrowne.


U wschodniego wybrzeża jeziora, u podnóży gór Beşparmak (1353 metrów n.p.m) znajduje się cicha i spokojna wioska Kapıkırı (dawna Heraklea). Jest to idealne miejsce by zatrzymać się i zwiedzić ruiny antycznego miasta. Okolica jest przepiękna. Strome, ciasne uliczki stopniowo prowadzą ku wzniesieniu. Przejeżdżając przez wioskę można odnieść wrażenie, że to My – obcy, jesteśmy atrakcją lub potencjalną możliwością zarobku. Na zboczach gór Beşparmak znajdziemy wiele kościołów i klasztorów zakładanych jeszcze w czasach bizantyjskich przez mnichów z Góry Synaj, którzy osiedlali się tutaj od VII wieku. Teren ten przez krótki czas funkcjonował nawet jako „Święta Góra”, podobnie jak Góra Athos w Grecji do dziś. Jednak historia osadnictwa, wokół jeziora sięga czasów znacznie wcześniejszych. W latach 90-tych w jaskiniach gór odkryto malunki naskalne sprzed ponad 8000 lat. Początkowo było ich niewiele, natomiast w chwili obecnej odnaleziono ich już ponad 170.
Z życia wzięte…
Nad Bafą bywałem wielokrotnie, jednak do samej wioski Kapıkırı jakoś nigdy nie było mi po drodze. Pewnego dnia postanowiłem to zmienić. Wsiadłem w samochód i ruszyłem. Po godzinie jazdy z Bodrum byłem na miejscu. Z głównej drogi tuż przed samym jeziorem zjeżdżam w mniejszą drogę, która kończy się u celu mojej podróży. Po kilku minutach dojeżdżam do wioski. Główna ulica z czasem zaczyna się robić coraz węższa, aż ostatecznie kończy się tuż przed czyimś wjazdem na posesje. Nagle nie wiadomo skąd samochód otacza pół tuzina starszawych kobiet. Wszystkie wyglądają na +/- 70 lat i wszystkie są ubrane tak jak to ubrane są kobiety na tureckiej wsi. Otwieram szybę i pytam moim łamanym tureckim – gdzie parking? Na to wszystkie chórem – chodź, chodź. Pokażemy!


Chwila zawahania. Droga ciasna, nie ma jak zawrócić. Pomyślałem sobie, że babcie to raczej mnie nie okradną… chyba. Ruszyłem więc za wesołą gromadką. Przeciskałem się pomiędzy zabudową, ale ani przez chwilę żadna z moich nowych przewodniczek nie wątpiła w to, że się zmieszczę. Ostatecznie doprowadziły mnie do miejsca, gdzie dalej i tak bym już nie pojechał. Parkuję, gaszę silnik, wysiadam. Lekko zdezorientowany pytam, czy auto tutaj może stać. W odpowiedzi jednogłośnie słyszę- problem yok (nie ma problemu), free! free… ale chodź za nami pokażemy. Rozglądam się w lewo, rozglądam się w prawo, myślę sobie – a co mam do stracenia? Wzruszam ramionami i ruszam dalej pieszo. Jak się okazało panie, które jak na podeszły wiek wyglądające po skałkach, które się zaczęły przed nami piętrzyć, skakały niczym kozice. Doprowadziły mnie w miejsce skąd roztaczał się piękny widok na całą wieś, antyczne miasto i ruiny świątyni Ateny. Chwytam za aparat, robię kilka zdjęć, odwracam się… i co widzę? Kram! Każda z nich nie wiedzieć kiedy rozłożyła się ze swoim towarem. Myślę sobie- Oho! Albo spadnę z tej pięknej skałki albo ubezpieczyciel będzie sączył pytania o auto. Jaki mam wybór? Od każdej z nich, by żadnej nie urazić, kupuję jakąś jedną rzecz. Własnoręcznie pleciony łańcuszek, jakąś chustę, plecionkę na nadgarstek… Lekko niezadowolone małymi zakupami, ostatecznie życzą mi miłego dnia i wracają w stronę wioski.

Jedna z nich, pyta czy mam ochotę zwiedzić okolicę. Idąc za ciosem, no jasne, że mam ochotę! Ciekawe tylko co tym razem czekać mnie będzie na końcu tego spaceru?- Pomyślałem. Ruszyłem!
Starsza pani idąc, tempem młodego przewodnika popędziła przed siebie. Co rusz zatrzymywała się tłumacząc mi co właściwie mijamy i obok czego przechodzimy. Wskazywała mi miejsca godne fotografii, i z której strony najlepiej będzie je sfotografować. Cały spacer trwał godzinę, zostałem oprowadzony po całej antycznej Heraklei. Na koniec Zeynep bo tak miała moja pani przewodnik na imię, zaprosiła mnie do siebie na Çay (herbatę). Niemiło byłoby odmówić zwłaszcza, że ani przez chwilę nie upomniała się o zapłatę za spacer. Weszliśmy na teren posesji. Teren był krzaczasty. Tuż obok stał stary ale dobrze utrzymany, piętrowy dom. Zniknęła na chwilę. Usiadłem na środku podwórza, przy plastikowym stoliku na którym wyeksponowane były słoiki miodu sosnowego. Po chwili Zeynep wróciła z herbatą, księgą pamiątkową… i ipadem, na którym pokazywała mi zdjęcia z wycieczek jakie oprowadza po okolicy.

Wypiłem pyszną, turecką herbatę, wpisałem się do księgi i obiecałem polecić ją rodakom chcącym zwiedzić okolice góry i jeziora. W podziękowaniu za miły spacer, kupiłem od Zeynep dwa, litrowe słoiki, fantastycznego miodu sosnowego. Uścisnęliśmy sobie dłonie, uśmiechnęliśmy się i rozeszliśmy. Wsiadłem do samochodu i ruszyłem ciasnymi uliczkami w drogę powrotną do Bodrum.
I choć na pierwszy rzut oka wydać by się mogło, że po dawnej świetności tego miejsce nic już nie pozostało, to gdy zatrzymamy się na chwilę, rozejrzymy wokół i ruszymy nie ubitą ścieżką, odkryjemy prawdziwe piękno tego miejsca. Ciarki ekscytacji przechodzą mnie na myśl, jak wiele jest miejsc takich jak to!
… a Jezioro Bafa – czyste piękno!