
Niespełna 35km od Fethiye i 20km od Ölüdeniz znajduje się ukryta przed światem zatoka, do której dotrzeć można tylko z jednej strony. Kabak koyu to miejsce tak ciche, tak spokojne i tak urokliwe, że w dalszym ciągu nie wiem czy powinienem o tym pisać.
Jechaliśmy od strony wąwozu Saklikent, kierowaliśmy się w stronę plaży w Ölüdeniz, jednak naszym celem był wąwóz motyli. Aby tam dotrzeć musieliśmy objechać górę Babadağ, a to zajęło nam więcej czasu niż się spodziewaliśmy – ściana deszczu raczej w niczym nam nie pomagała. Jechaliśmy więc jak droga nas prowadziła (GPS też wariował), aż w końcu dotarliśmy do Ölüdeniz. Słońce powoli już zachodziło, a droga znów zaczęła nas prowadzić pod górę masywnego szczytu Babadağ. Nawigacja co prawda pokazywała 15km, ale jadąc cały czas w górę, nie mieliśmy pojęcia ile czasu potrzebujemy, by dojechać do celu. Po zewnętrznej stronie drogi poprowadzona była barierka, za nią skrawek ziemi i dalej przepaść. Na tym niewielkim skrawku ziemi wzdłuż drogi ludzie rozbijali namioty. Było ich tam pełno, jeden obok drugiego i wszystkie skierowane w stronę zachodzącego słońca. Wyglądało to niesamowicie.
Powoli zapadał zmrok, gdy wreszcie zaparkowaliśmy auto nad Kelebekler vadisi – wąwozem motyli. W zasadzie to było już ciemno, niewiele było widać, więc postanowiliśmy jechać dalej przed siebie i znaleźć jakiś nocleg, ewentualnie przespać tę noc na plaży. Jechaliśmy cały czas wzdłuż morza, droga robiła się jeszcze bardziej kręta i z każdym metrem coraz węższa. Minęliśmy jakąś wioskę, ponadto z ostatnią zabudową skończyła się droga asfaltowa. Chwila konsternacji – co robić dalej? Wtedy zobaczyliśmy drewniany drogowskaz wbity w ziemię kierujący na jakiś „Camp”. Stwierdziliśmy – czemu nie?! Droga gruntowa w pewnym momencie zrobiła się tak kręta i ciasna, że aby skręcić w prawo i jechać dalej w dół to wpierw trzeba było odbić w lewo, zawrócić na mikroskopijnym rondku i dopiero zjechać. W końcu dojechaliśmy! Hotel campingowy! Nie mieliśmy żadnej rezerwacji, więc nie byliśmy pewni czy będzie dla nas miejsce, a namiotu ze sobą niestety nie mieliśmy. Okazało się, że został ostatni wolny pokój, a raczej domek i to na drzewie. Bierzemy! – krzyknąłem. To był najlepszy możliwy wybór, zwłaszcza że nie mieliśmy pewności czy dalej coś jeszcze będzie. Powrót po ciemku tą krętą i wąską drogą nie był już na nasze siły. Wypakowaliśmy co najpotrzebniejsze, szybko się odświeżyliśmy i popijając piwko na tarasie, wsłuchiwaliśmy się w dźwięk cykad i szum morza dobiegający gdzieś z dołu. Rano czekała nas nie lada niespodzianka. Widok z okna naszego domku na drzewie był po prostu oszałamiający. Chwilę później popijaliśmy już kawę dalej kontemplując widok przed nami. Wokół było czuć zapach lasu o poranku, mieszający się z zapachem morza. Cykady, które grały w nocy poszły spać, a powoli do życia budziły się kolejne. Kawa jeszcze nigdy nie miała takiego smaku.

Miejsce to było istną oazą spokoju. Zostaliśmy tam dłużej, niż początkowo planowaliśmy.
Tuż obok naszego domku rozpoczynała się wąska ścieżka prowadząca na plażę. W drodze, po drugiej stronie zatoczki dojrzeliśmy kolejne domki, ukryte w koronach drzew. Jak się po dojściu na plażę okazało, całe to miejsce wypełnione było „chillowymi campami”. Na samej plaży panowała dokładnie taka sama atmosfera. Piwko aż samo się otwierało. Stanęliśmy na ciepłym piasku, zwróciliśmy się w kierunku wzgórza otaczającego zatokę. Panująca tam cisza i spokój są nie do opisania. To trzeba poczuć!
Jeśli miałbym pomyśleć o powrocie do miejsca, w którym już byłem – byłoby to właśnie Kabak koyu.


1 Comment